Hummus zdecydowanie znajduje się w pierwszej dziesiątce moich ulubionych rzeczy, które można zjeść. Ba, myślę że załapałby się do pierwszej trójki! Ale mimo wielu mniej lub bardziej udanych prób długo nie potrafiłam odtworzyć tego doskonałego smaku znanego mi z cudzych tworów, knajp czy podróży. Dlatego wykorzystując ostatnio okazję, jaką były urodziny Najlepszego Męża, przeszukałam internet pod kątem przepisów i porad, z których skleciłam swój idealny przepis na idealny hummus. Nareszcie!
Tahini
W zasadzie nigdy nie robiłam hummusu na kupionym tahini, więc nie umiem powiedzieć, czy ma to duży wpływ na smak :) Ale zrobienie tej pasty jest tak proste, a sezam mam zawsze w domu, że tak było po prostu łatwiej. Tahini robię zazwyczaj dzień wcześniej, kiedy zalewam ciecierzycę.
Przepis na ok. szklankę tahini:
- 10 łyżek białego sezamu (czubatych)
- 2 łyżki oliwy
- 2 łyżki oleju sezamowego
(może być też sama oliwa, albo olej słonecznikowy)
Sezam prażymy na suchej patelni aż się zarumieni i zacznie pachnieć, cały czas mieszając (przypali się chociaż odrobinę i całość leci do śmieci). Po ostudzeniu wrzucamy do blendera, melaksera czy czegokolwiek używacie i ustawiamy na dość wysokie obroty (w moim blenderze kielichowym była to piątka, na niższych nie robiła się gładka masa). Podczas mieszania dodajemy oleje (mieszam je wcześniej w szklance dla ułatwienia). Jeżeli chcemy gładszej masy na koniec możemy dodać odrobinę wody.
Hummus
- szklanka suchej ciecierzycy (ok. 200 gram)
- szklanka tahini (tyle wychodzi z wyższego przepisy na tahini)
- sok z połówki cytryny
- 2-4 ząbki czosnku (zależy jak czosnkowe się lubi)
- kminek rzymski
- 3 listki laurowe
- sól
- soda oczyszczona (tak tak!)
- 1/3 szklanki zimnej wody
Ciecierzycę namaczamy na noc z łyżką sody oczyszczonej. Dzięki temu ugotuje się znacznie szybciej i będzie bardziej miękka.
Następnego dnia płuczemy, zalewamy sporą ilością wody i znowu dodajemy łyżeczkę sody. Kiedy woda się zagotuje dorzucamy listki laurowe i kminek rzymski (na oko). Gotujemy około 40 minut. Odcedzamy, wyjmujemy listki i wrzucamy do blendera (melaksera, cokolwiek). Dodajemy resztę składników (tahini, sok z cytryny, czosnek) i ewentualnie dodatkowe przyprawy (kminek rzymski i co tam jeszcze przyjdzie nam do głowy). Teraz można dodać też inne pyszności na zmianę smaku, na przykład kolendrę. Na sam koniec miksowania dolewamy zimną wodę.
Przed podaniem dla efektu polewam hummus oliwą, posypuję słodką papryką, pietruszką albo pestkami dyni/słonecznika - co kto lubi. Znika w szybkim tempie, ale w lodówce wytrzyma około 5 dni.
Hit urodzin Najlepszego Męża. Przynajmniej z nie-słodkich rzeczy, bo w tych słodkich mistrzowska była beza, produkcji NM. Ale o tym następnym razem. No, może mały sneak peek:
środa, 20 listopada 2013
sobota, 12 października 2013
Prawdopodobnie najbardziej ekologiczna sałatka jaką kiedykolwiek jadłam
Jesień jest dla mnie dobra. Może to nagroda za cztery miesiące ciężkiej diety i to w czasie sezonu szparagowego, malinowego i tak dalej, ale spływają do mnie ostatnio takie smakowitości, że nie nadążam z pisaniem. Mam zrobionych kilka zdjęć i postaram się nimi podzielić w najbliższym czasie, ale teraz czas na sałatkę, którą zjadłam przed pięcioma minutami i natychmiastowo odwdzięczyła mi się weną. Jej skład może nie jest odkrywczy, chodzi w niej raczej o to SKĄD te produkty są.
Po pierwsze - pomidory (a raczej pomidorki, chociaż nie koktajlowe), cebula, i ogórki kiszone. Banał? Może tak, gdyby nie to, że są w stu procentach eko. Tak, nie boję się tego powiedzieć - pełne 100%. Przywieźli je moi, nabyci poprzez małżeństwo, dziadkowie z uroczej, głębokiej wsi zwanej Krzywowierzba. Tam stoi dom, w którym urodził się i wychował dziadek Najlepszego Męża i w tym samym domu dziadkowie co roku spędzają większość czasu wiosną, latem i jesienią. W ogródku hodują między innymi cebulę, marchewki, ogórki, cukinię i dynię, obok stoi jabłoń (pyszne papierówki co drugi rok, niestety, akurat nie ten), przy ganku pną się winorośle z których co rok powstaje pyszne wino a dalej rozciągają się pola dzierżawione przez sąsiadów.
Po pierwsze - pomidory (a raczej pomidorki, chociaż nie koktajlowe), cebula, i ogórki kiszone. Banał? Może tak, gdyby nie to, że są w stu procentach eko. Tak, nie boję się tego powiedzieć - pełne 100%. Przywieźli je moi, nabyci poprzez małżeństwo, dziadkowie z uroczej, głębokiej wsi zwanej Krzywowierzba. Tam stoi dom, w którym urodził się i wychował dziadek Najlepszego Męża i w tym samym domu dziadkowie co roku spędzają większość czasu wiosną, latem i jesienią. W ogródku hodują między innymi cebulę, marchewki, ogórki, cukinię i dynię, obok stoi jabłoń (pyszne papierówki co drugi rok, niestety, akurat nie ten), przy ganku pną się winorośle z których co rok powstaje pyszne wino a dalej rozciągają się pola dzierżawione przez sąsiadów.
papierówki z zeszłego roku, fot. Jan Krupiński 2012
podlewanie ogórków, fot. Jan Krupiński 2012
No właśnie - sąsiedzi. To dzięki nim mam pewność, że warzywa od dziadków są w pełni ekologiczne. Słyszałam, że owoce i warzywa, które kupujemy pod metką eko często eko nie są, ponieważ uprawia je się blisko zwykłych, pryskanych warzyw. Chemikalia wsiąkają w ziemię i trafiają tam, gdzie nie powinny. Wydaje mi się to lekką przesadą, ale niech będzie. Tak czy inaczej, sąsiadów w Krzywowierzbie, a nawet w dalszej okolicy, nie ma dużo, wszyscy oczywiście się znają i stąd wiadomo, że nikt nie używa do uprawy żadnych chemikaliów. Po pierwsze nie ma takiej potrzeby, bo ziemia tam żyzna jak mało gdzie, po drugie jest to "wiocha" z prawdziwego zdarzenia, ziemia przekazywana z dziada pradziada więc chemia wydaje się czymś dziwnym, trochę strasznym, generalnie lepiej tego nie ruszać. Ziemia dziadków też jest w rodzinie od pokoleń, stąd pewność, że nikt nie zdążył jej "zepsuć" przed nami. Koniec końców, wszystko co tam rośnie jest tak eko, jak tylko może być :)
Dziadkowie nie są tam jednak przez cały rok, a nawet kiedy są co chwila przyjeżdżają do Warszawy. Dziadek, mimo słusznego wieku, wciąż pracuje i nie jest to praca byle jaka (chociaż nie potrafię wyjaśnić co robi kompletnie). Mało tego - do pracy chodzi pieszo, codziennie ćwiczy a wieczorami na forach internetowych dyskutuje na temat produkcji wina. Nie wiem z jakiej gliny został ulepiony, ale chciałabym taką. Może to to jedzenie Krzywowierzbowe? Ale wracając do tematu. Kursowanie między wioseczką a Warszawą uniemożliwia zajmowanie się bardziej wymagającymi roślinami, jak np. pomidory. Oczywiście nie mają też ani kur, ani pasieki. To wszystko mają za to sąsiedzi, a że panuje tam wymiana dóbr, trafiają one i do nas. Tym samym wróciliśmy dziś do domu (nie licząc skarbów z ogródka dziadków) z 40 jajkami, słoikiem miodu i czterema pomidorkami.Żeby nie być gołosłowną, tak wyglądał nasz bagażnik:
Warty uwagi jest rozmiar cukinii. Ekologicznej! W torbach więcej cebuli
i 7 słoików ogórków, nie licząc tego olbrzymiego, w głębi. I wino.
Jeszcze kombinuję co zrobić z tą dynią, ale o tym kiedy indziej. Teraz ogórki. Kiszone osobiście przez babcię, korzystając znowu tylko z dobroci Krzywowierzby. Niestety w tym roku ogórki mają pecha. Pierwszych kilka słoików, które dostaliśmy w wakacje, było do wyrzucenia bo się nie zawekowały. Dziś otworzyliśmy jeden słoik i... ogórki się rozpadają. Da się je jeść i są przepyszne, ale próba złapania ich nawet dwoma palcami kończy się niezłą miazgą. Zobaczymy jak będzie z innymi słoikami, najbardziej boję się tego olbrzyma :) Próba wyciągnięcia jego zawartości może skończyć się ogromną, zieloną paćką.
A teraz kilka słów o ostatnich składnikach mojej sałatki... kiełkach. To efekt wyciągnięcia prezentu ślubnego, z którego nie mieliśmy okazji skorzystać (dieta) - kiełkownicy. Zacznijmy od tego, że mam najgorszą rękę do roślin na świecie. Zabiłam wszystkie próby uprawy czegokolwiek na moim balkonie, nawet bazylia na parapecie nie jest w stanie wytrzymać ze mną zbyt długo. Dumą rozpiera mnie fakt, że wrzos na balkonie wytrwał już chyba z miesiąc. Dlatego kiełkownica stanowiła ostatnią próbę wyhodowania czegokolwiek jadalnego pod moim okiem. I udało się! Pomaga fakt, że stoi na środku blatu, żeby mieć dostęp do słońca, dzięki czemu pamiętam o podlewaniu nasionek dwa razy dziennie. Do tego wodą, która spływa na dół, podlewam bazylię i wrzos, dzięki czemu mają szansę wytrwać dłużej niż zwykle.
kiełki, dzień pierwszy
dodatkowo - przyglądanie się spływającej wodzie
ma potwierdzone działanie relaksujące
Mówiąc szczerze, byłam święcie przekonana, że coś zgnije, spleśnieje albo nie urośnie. A tu psikus. Już po trzech dniach zaczęłam podjadać pierwsze kiełki.
pierwsza partia: lucerna, fasola mung i soja
I wreszcie wracając do sałatki:
Składniki:
2 małe pomidorki (nie koktajlowe!)
1 mała cebula
2 małe ogórki kiszone
garść różnych kiełków
oliwa z oliwek
ocet balsamiczny
Pokroić, pomieszać, polać odrobiną oliwy i octu. Gotowe :)
Nie jest to może miss sałatek. Ocet balsamiczny tu raczej nie pomaga. Muszę też się przyznać, że ani oliwa, ani ocet nie są ekologiczne. Pietruszkę dodałam raczej dla urody, ale pochodzi ze straganu więc co do niej nie mam pewności. Efekt w każdym razie jest przepyszny i super zdrowy. Przy okazji chapeau bas dla mojej mamy, za nauczenie mnie, że zestaw pomidor+cebula+ocet balsamiczny jest najlepszą rzeczą na świecie, szczególnie na wieczorne przekąski.
poniedziałek, 7 października 2013
Perfekcyjne kolacje - drugie spotkanie (zaległe sprawozdanie) i... koniec diety.
W zeszłym tygodniu gospodarzyłam na czwartej już kolacji naszej czwórki, co oznacza, że zatoczyłyśmy koło i niedługo zaczynamy rundę drugą :) ale zanim do tego dojdziemy, cofnę się trochę i opowiem o drugiej kolacji, którą przygotowywała Matylda, fantastyczna i inspirująca dziewczyna, pomysłodawczyni naszych kolacji. Pomysł był to rewelacyjny, szczerze mówiąc na początku nie sądziłam, że to się tak uda, zazwyczaj takie inicjatywy gasną po jednym/dwóch spotkaniach. A my mamy już za sobą cztery i nie zapowiada się, żeby cokolwiek się zmieniło :)
Matylda mieszka w rewelacyjnym miejscu w moich ulubionych okolicach Mokotowa. Jej mini-kamienica ma własny ogródek, więc korzystając z pogody (było to już jakiś czas temu...) postanowiłyśmy zjeść na zewnątrz. Nie będzie w związku z tym rewelacyjnych zdjęć, było już trochę ciemno, ale obiecuję, że wszystko prezentowało się pięknie ;) Przez moją dietę menu nie różniło się za bardzo od tego z pierwszej kolacji, czyli był pieczony pstrąg i pieczone ziemniaki. Pstrąg standardowo piekł się z solą, pieprzem i oliwą, ale dla odmiany też ze skórką cytryny. Nie przepadam za nią w deserach, ale tu sprawdziła się doskonale. Za to przed rybą jadłyśmy carpaccio z buraków, czyli upieczone z oliwą, solą i pieprzem buraki, pokrojone na cienkie plasterki z kozim serem i jeszcze odrobiną oliwy i pieprzu. Do tego pomidory i rukola (chociaż ta ostatnia nie dla mnie). Prosta, pyszna sprawa.
Matylda mieszka w rewelacyjnym miejscu w moich ulubionych okolicach Mokotowa. Jej mini-kamienica ma własny ogródek, więc korzystając z pogody (było to już jakiś czas temu...) postanowiłyśmy zjeść na zewnątrz. Nie będzie w związku z tym rewelacyjnych zdjęć, było już trochę ciemno, ale obiecuję, że wszystko prezentowało się pięknie ;) Przez moją dietę menu nie różniło się za bardzo od tego z pierwszej kolacji, czyli był pieczony pstrąg i pieczone ziemniaki. Pstrąg standardowo piekł się z solą, pieprzem i oliwą, ale dla odmiany też ze skórką cytryny. Nie przepadam za nią w deserach, ale tu sprawdziła się doskonale. Za to przed rybą jadłyśmy carpaccio z buraków, czyli upieczone z oliwą, solą i pieprzem buraki, pokrojone na cienkie plasterki z kozim serem i jeszcze odrobiną oliwy i pieprzu. Do tego pomidory i rukola (chociaż ta ostatnia nie dla mnie). Prosta, pyszna sprawa.
zdjęcie zrobione przez Agatę
Rozmowy na każdej z naszych kolacji mają temat przewodni, zawsze inny i "wybrany" przypadkiem. Tym razem padło na zdrowie i urodę. Brzmi to okropnie stereotypowo-babsko, ale możecie mi wierzyć, że te dziewczyny stereotypowe z pewnością nie są.
A na koniec krótka informacja zmieniająca nieco przyszłość tego bloga. Od wczoraj nie jestem już na diecie eliminacyjnej. Złożyło się na to wiele rzeczy, niektóre upewniły mnie w przekonaniu, że stan mojej skóry w co najmniej 90 procentach zależy od mojego samopoczucia psychicznego, którego tak ciężka dieta z pewnością nie poprawiała, inne pokazały jakich ogromnych braków narobiłam sobie w organizmie i jak źle wpływają one już nie tylko na skórę. Mija dopiero drugi dzień, ale tak dobrze nie czułam się od dawna, zarówno psychicznie jak i fizycznie. Staram się być jeszcze ostrożna ale ciężko się powstrzymać po czterech miesiącach jedzenia kilku rzeczy na krzyż ;) rzucam się jak wariat na awokado czy falafele. Zobaczymy co czas przyniesie, z pewnością jednak chcę jeść zdrowo bo wciąż to co jem ma wielki wpływ na moją skórę i samopoczucie. Na pewno dalej będę chciała prowadzić tego bloga, jeszcze zastanawiam się jak będzie on teraz wyglądał. Zacznę od poprawienia wyglądu, chętnie przyjmę pomoc ekspertów ;)
środa, 25 września 2013
Dżem z cukinii dla Julki
Wybaczcie, że kazałam wam czekać (szczególnie tym, którym obiecałam szybkie przekazanie przepisu), ale przez ostatni tydzień nie miałam dostępu do komputera, a z telefonu takie rzeczy przekopiować ciężko - próbowałam.
Ale dzisiaj, po odespaniu trudnego lotu, pierwszą rzeczą jaką robię jest puszczenia w świat świetnego i oryginalnego przepisu na... dżem z cukinii! Jest to prezent, który dostałam od wspaniałej Kasi (tej samej), a był to tylko jeden z wielu zrobionych przez nią pyszności. Więcej będzie można wkrótce znaleźć na jej stronie, którą zamierzamy zrobić. Kasia, widząc zainteresowanie jaki wzbudził jej wyjątkowy dżem, postanowiła podzielić się przepisem (potrójne hura dla Kasi!). A oto i on (tym razem tekst odrobinę przeredagowałam ;))
Ale dzisiaj, po odespaniu trudnego lotu, pierwszą rzeczą jaką robię jest puszczenia w świat świetnego i oryginalnego przepisu na... dżem z cukinii! Jest to prezent, który dostałam od wspaniałej Kasi (tej samej), a był to tylko jeden z wielu zrobionych przez nią pyszności. Więcej będzie można wkrótce znaleźć na jej stronie, którą zamierzamy zrobić. Kasia, widząc zainteresowanie jaki wzbudził jej wyjątkowy dżem, postanowiła podzielić się przepisem (potrójne hura dla Kasi!). A oto i on (tym razem tekst odrobinę przeredagowałam ;))
Dżem z cukinii tylko dla Julki!
prosta rzecz
1kg cukinii
1 cytryna
400g brązowego cukru
2 jabłka
Trę cukinie nie obieraną na grubej tarce.
obieram jabłka i kroje na male plasterki,takie fajne kawałki do jedzenia, bo NIE blenderuje dżemu
sparzam cytrynę, obieram skórkę cytryny
obieram cytrynę, zdejmuje białą skórkę i miele miąższ cytryny bez pestek
mieszam, cukinie,cukier,jabłka, skórkę cytryny i miąższ cytryny, zostawiam na noc w chłodnym miejscu, może być w lodówce,ale ja nigdy nie mam miejscu w lodówce.
następnego dnia, gotuje na małym ogniu przez 2 godziny.
mieszam regularnie.
na oko wiem ze to gotowe,to znaczy kiedy masa się robi gęsta.
i hop do słoików,i hop słoiki do góry nogami,i hop weki gotowe!
i czekam aż słoiki będą zimne.
PS: taki przepis jest specjalny dla Julii.
normalnie możesz dodać trochę świeżego tartego imbiru,albo rodzynki i pokrojone w plasterkach suszone morele.
a kiedy cukinia jest ostawiona na tą noc,to rodzynki mocze w herbacie earl grey, ale to już jest taki mój mały plus.
Polecam ja i wszyscy, którym pozwoliłam spróbować :) jest pyszny, słodki i oryginalny. Prezentuje się też przepięknie. A jego zastrzeżona nazwa firmowa to "Dżem z cukinii dla Julki"!
wtorek, 17 września 2013
Perfekcyjne kolacje - trzecie spotkanie
Przeskakuję na razie jedno babskie spotkanie, ponieważ gospodyni następnego dnia poleciała surfować w Portugalii i nie zdążyłam wyciągnąć od niej przepisów :)
Tym razem gościła nas Agata, czyli osoba, która nas w zasadzie połączyła. To na jej wieczorku panieńskim poznałam pozostałe dziewczyny, a na weselu wszystkie trzy biegałyśmy za nią jako pomocne (mam nadzieję) druhny. Mimo (niesłusznego) zdenerwowania, że nie dorówna poprzednim pysznościom, wyczarowała nam pyszną i oryginalną kolację. Postanowiła zrezygnować ze standardowego pstrąga i przygotować placki ziemniaczane. Z myślą o tym właśnie wpisie cały proces obfotografowała. Oto przepis:
1 kg ziemniaków starłam na tarkę na grubo :)
2 łyżki (płaskie) mąki ziemniaczanej
9 jajek przepiórczych
Sól i pieprz do smaku
Natka pietruszki
---
Jajka zmiksowałam na delikatną pianę :)
Po zdjęciu z patelni osuszałam na ręcznikach papierowych, żeby pozbyć się tłuszczu:)
Tyle:)
Oprócz tego przygotowała nam cukinię z patelni grillowej, oraz podgotowane buraki, zapieczone przez 15 minut z kozim serem (a nawet poprzekładane serem plastry cukinii i buraków).
Placki jadłyśmy z rozgniecionymi pomidorami z solą i pieprzem, kozim serem i pietruszką, był także miód, chociaż nie dla mnie ;).
Na stole znalazły się również ser kozi i chorizo (to drugie znowu nie dla mnie), przywiezione przez Matyldę ze wspomnianej Portugalii. Wszystko prezentowało się pięknie. My też.
Na zdjęciu bez kucharki. Taki problem naszych spotkań - ciężko zrobić zdjęcie wszystkich razem. Dlatego na pocieszenie - wspólne, chociaż nie z kolacji :)
Tym razem gościła nas Agata, czyli osoba, która nas w zasadzie połączyła. To na jej wieczorku panieńskim poznałam pozostałe dziewczyny, a na weselu wszystkie trzy biegałyśmy za nią jako pomocne (mam nadzieję) druhny. Mimo (niesłusznego) zdenerwowania, że nie dorówna poprzednim pysznościom, wyczarowała nam pyszną i oryginalną kolację. Postanowiła zrezygnować ze standardowego pstrąga i przygotować placki ziemniaczane. Z myślą o tym właśnie wpisie cały proces obfotografowała. Oto przepis:
1 kg ziemniaków starłam na tarkę na grubo :)
2 łyżki (płaskie) mąki ziemniaczanej
9 jajek przepiórczych
Sól i pieprz do smaku
Natka pietruszki
---
Jajka zmiksowałam na delikatną pianę :)
Po zdjęciu z patelni osuszałam na ręcznikach papierowych, żeby pozbyć się tłuszczu:)
Tyle:)
Oprócz tego przygotowała nam cukinię z patelni grillowej, oraz podgotowane buraki, zapieczone przez 15 minut z kozim serem (a nawet poprzekładane serem plastry cukinii i buraków).
Placki jadłyśmy z rozgniecionymi pomidorami z solą i pieprzem, kozim serem i pietruszką, był także miód, chociaż nie dla mnie ;).
Na stole znalazły się również ser kozi i chorizo (to drugie znowu nie dla mnie), przywiezione przez Matyldę ze wspomnianej Portugalii. Wszystko prezentowało się pięknie. My też.
Na zdjęciu bez kucharki. Taki problem naszych spotkań - ciężko zrobić zdjęcie wszystkich razem. Dlatego na pocieszenie - wspólne, chociaż nie z kolacji :)
piątek, 6 września 2013
I get by with a little help from my friends
Muszę przyznać, że przez jakiś czas nie miałam nastroju na wymyślanie nowych potraw. Nasze obiady codziennie składały się z dość prostego zestawu ryż + pomidory z cukinią i serem, poza tym nie przyrządzałam zbyt wiele, nie miałam też żadnych specjalnych nowych pomysłów. Na szczęście od tego przecież się ma znajomych, żeby inspirowali Cię do robienia nowych rzeczy :) Nieoceniona okazuje się być w tym przypadku Kasia, gospodyni z poprzedniego posta, która zarzuca mnie nowymi pomysłami. Dzięki niej zaczęłam przyrządzać sobie prosty deser ryżowo-jabłkowy. Niewiele się to różni od zwykłego ryżu z duszonym jabłkiem, ale ta mała różnica znacząco zmienia smak.
Składniki:
1 torebka ryżu (czyli ok. 100 gram)
1 lub 2 jabłka
Ryż gotuję na słodko (czyli dodaję cukier, oczywiście bez mleka), jabłka duszę z odrobiną majeranku i cukru. Uduszone jabłka rozgniatam, mieszam z ryżem, formuję małe placuszki i wrzucam na patelnię. Użyłam oleju ryżowego, bo nie ma on wpływu na smak jedzenia tak jak np. oliwa czy olej kokosowy. Chwilę smażę z obu stron i gotowe.
Baardzo proste i szybkie, a smakuje o niebo lepiej niż zwykły zmieszany ryż z jabłkiem :) o majeranku też bym nie pomyślała przy słodkim deserze, a jednak. Dziękuję Kasiu!
Składniki:
1 torebka ryżu (czyli ok. 100 gram)
1 lub 2 jabłka
Ryż gotuję na słodko (czyli dodaję cukier, oczywiście bez mleka), jabłka duszę z odrobiną majeranku i cukru. Uduszone jabłka rozgniatam, mieszam z ryżem, formuję małe placuszki i wrzucam na patelnię. Użyłam oleju ryżowego, bo nie ma on wpływu na smak jedzenia tak jak np. oliwa czy olej kokosowy. Chwilę smażę z obu stron i gotowe.
Baardzo proste i szybkie, a smakuje o niebo lepiej niż zwykły zmieszany ryż z jabłkiem :) o majeranku też bym nie pomyślała przy słodkim deserze, a jednak. Dziękuję Kasiu!
sobota, 31 sierpnia 2013
Perfekcyjne kolacje - cykl
Z trzema wspaniałymi kobietami wpadłyśmy ostatnio na pomysł cyklicznych kolacji. Każda kolejna odbywa się u innej z nas, ale na każdej, ze względu na moją dietę (za co mam wyrzuty sumienia, ale dziewczyny wydają się zadowolone) jemy prawie to samo. No właśnie - to samo, a jednak zupełnie co innego. Jest to pewnego rodzaju wyzwanie, żeby z tych samych składników każda z nas stworzyła inne danie. Póki co udało nam się spotkać dwa razy, w planach jest już trzecia kolacja, którą prawdopodobnie będę przygotowywać ja (ze świeżych, pysznych produktów przywiezionych przez Babcię Najlepszego Męża z głębokiej, polskiej wsi).
Pierwsza kolację przygotowywała Kasia. Ta Perfekcyjna Pani Domu stanęła przed dodatkowym wyzwaniem, ponieważ tego dnia zostawiła portfel w pracy i musiała przygotować posiłek z tego, co miała w domu. Albo tak nas kokietowała, bo dostałyśmy absolutnie wszystko, o czym mogłyśmy zamarzyć.
Po pierwsze podstawa każdej kolacji, czyli pstrąg. Gospodyni upiekła go w półmisku, z solą i pieprzem, polanego oliwą i obłożoną tymiankiem i rozmarynem. Dodała też odrobinę białego wina. Oliwa i wino były głównie w środku, skóra nacięta i tylko skropiona, obok plasterki cytryny. Stopni około 210, czas na oko (aż ryba nie będzie różowa w środku), ale około 40 minut.
W tym samym półmisku piekły się ziemniaki, wcześniej podgotowane przez 10-15 minut, z solą, pieprzem i oliwą. Dołożone 20 minut przed końcem pieczenia ryby, czyli na 20 minut.
Ryba i ziemniaki były przepyszne, ale prawdziwym hitem okazała się cukinia faszerowana... cukinią. I pomidorami. Próbowałam ją później odtworzyć w domu, kiedy właścicielka przepisu podróżowała po Włoszech bez dostępu do internetu i wyszła mi również smaczna, ale nieco inna wersją, którą opiszę innym razem.
Podaję przepis bezpośrednio od autorki (błędy językowe proszę traktować ze zrozumieniem, w stosunku do kogoś, kto znaczną część życia spędził we Francji. Ja je uwielbiam, więc zostawiam):
cukienia faszerowana dla julii
cukinia, muszi byc torche szeroka bo bedze nadziewana
pomidory
stary kozi ser ,taka rolada. -pokroilam cuienie na takie rurlki, 5-6 cm dlugosci
- ugotowalam cukienie przez 10 min aby nie byla za miejka,ale abym mogla zniej zdejmowac miąż.
- jak juz cukienia ostygla, odkrajam srodek cukini,zostaja nie za cienke rurki.
- siekam ten miąż cukini ( nie za male kawalki,aby ten farsz byl fajny i nie jakiz mus dziwny plynny),plus szekam te kawali cukini ktore nie nadawaja sie aby byc faszerowane, nie obieram.
- obieram pomidory, i kroje na maje klocki. nie wiem ile pomidorow,na pewno 1 moze byc 1.5,aby nie zrobilo sie z tego sos.
- podsmarzam cukienie, potem dodaje pomidory,sol i pieprz i swierze ziola.
* kiedy mam gotowy farsz,zdejmuje galaski ziol,bo urzywac swieze ziola.
- jezeli pomidory poscily za duzo wody, to podzmazam na duzym ogniu i non stop mieszam,aby blo tak jak chce,taki fajny farsz.
- dodaje pod koniec kawali koziego sera, ilosc jest juz do wyboru to kolory. nie daje za duzo aby bylo nie za ostre. tak mysle ze 1/4 sera wystarczy.
- faszeruje cukienie, z jednej cukini mam okolo 3 rurek.
i na wieszchu stawiam jeden plastrek tego koziego sera.
- do polmisku leje torche oliwy z oliwek, i staiam cukienie,i to pieca na 20 min tez na 210 stopni.
i pycha!
i julia zadowolona!
Pierwsza kolację przygotowywała Kasia. Ta Perfekcyjna Pani Domu stanęła przed dodatkowym wyzwaniem, ponieważ tego dnia zostawiła portfel w pracy i musiała przygotować posiłek z tego, co miała w domu. Albo tak nas kokietowała, bo dostałyśmy absolutnie wszystko, o czym mogłyśmy zamarzyć.
Po pierwsze podstawa każdej kolacji, czyli pstrąg. Gospodyni upiekła go w półmisku, z solą i pieprzem, polanego oliwą i obłożoną tymiankiem i rozmarynem. Dodała też odrobinę białego wina. Oliwa i wino były głównie w środku, skóra nacięta i tylko skropiona, obok plasterki cytryny. Stopni około 210, czas na oko (aż ryba nie będzie różowa w środku), ale około 40 minut.
W tym samym półmisku piekły się ziemniaki, wcześniej podgotowane przez 10-15 minut, z solą, pieprzem i oliwą. Dołożone 20 minut przed końcem pieczenia ryby, czyli na 20 minut.
Ryba i ziemniaki były przepyszne, ale prawdziwym hitem okazała się cukinia faszerowana... cukinią. I pomidorami. Próbowałam ją później odtworzyć w domu, kiedy właścicielka przepisu podróżowała po Włoszech bez dostępu do internetu i wyszła mi również smaczna, ale nieco inna wersją, którą opiszę innym razem.
Podaję przepis bezpośrednio od autorki (błędy językowe proszę traktować ze zrozumieniem, w stosunku do kogoś, kto znaczną część życia spędził we Francji. Ja je uwielbiam, więc zostawiam):
cukienia faszerowana dla julii
cukinia, muszi byc torche szeroka bo bedze nadziewana
pomidory
stary kozi ser ,taka rolada. -pokroilam cuienie na takie rurlki, 5-6 cm dlugosci
- ugotowalam cukienie przez 10 min aby nie byla za miejka,ale abym mogla zniej zdejmowac miąż.
- jak juz cukienia ostygla, odkrajam srodek cukini,zostaja nie za cienke rurki.
- siekam ten miąż cukini ( nie za male kawalki,aby ten farsz byl fajny i nie jakiz mus dziwny plynny),plus szekam te kawali cukini ktore nie nadawaja sie aby byc faszerowane, nie obieram.
- obieram pomidory, i kroje na maje klocki. nie wiem ile pomidorow,na pewno 1 moze byc 1.5,aby nie zrobilo sie z tego sos.
- podsmarzam cukienie, potem dodaje pomidory,sol i pieprz i swierze ziola.
* kiedy mam gotowy farsz,zdejmuje galaski ziol,bo urzywac swieze ziola.
- jezeli pomidory poscily za duzo wody, to podzmazam na duzym ogniu i non stop mieszam,aby blo tak jak chce,taki fajny farsz.
- dodaje pod koniec kawali koziego sera, ilosc jest juz do wyboru to kolory. nie daje za duzo aby bylo nie za ostre. tak mysle ze 1/4 sera wystarczy.
- faszeruje cukienie, z jednej cukini mam okolo 3 rurek.
i na wieszchu stawiam jeden plastrek tego koziego sera.
- do polmisku leje torche oliwy z oliwek, i staiam cukienie,i to pieca na 20 min tez na 210 stopni.
i pycha!
i julia zadowolona!
sobota, 10 sierpnia 2013
Naleśniki gryczane z jagodami
Przepis ten mam od jakiegoś czasu, ale póki co nie miałam go z czym jeść. Ponieważ aktualnie dodaję do diety jagody, naleśniki z jagodami wydały się kuszącą propozycją. Uznaliśmy, że to doskonały pomysł na sobotnie śniadanie.
Mam to szczęście, że otacza mnie wiele osób trochę świrniętych na punkcie zdrowego odżywiania :) dzięki temu czasem udaje mi się wyciągnąć od nich jakieś ciekawe przepisy, na rzeczy, które nie przyszłyby mi do głowy. Taką osobą jest Agata, której twórczość możecie poczytać tutaj (nie o jedzeniu, ale też ciekawe :)). Podsłuchałam jej imieninową rozmowę z mamą, która w ramach prezentu chciała jej usmażyć naleśniki gryczane. Wersja prezentowa miała być podana zdaje się z łososiem, ponieważ moja zawiera jagody, do ciasta dodałam odrobinę cukru (Agata - wybacz), coby było "na słodko".
Przepis jest super prosty.
- 2 szklanki mąki gryczanej
- 2 szklanki wody - szczypta soli
- w mojej wersji: około 1,5 łyżki cukru
(Instrukcje cytuje dosłownie): Wymieszać solidnie, nawet troszkę ubyć żeby trochę powietrza weszło i odstawić minimum na pół godziny do lodówki. Patelnię wysmarować cieniutką warstwą oliwą, oleju kokosowego alboco. Lać łyżką wazową ciasto - cieniutką warstwę i piec z każdej strony jakieś 5 minut. Aż będzie placek chrupki i na to można wrzucić co chcesz.
Chętnie do jagód dodałabym śmietanę, ale na to muszę jeszcze poczekać :) zestaw był nieco suchy, ale smaczny. Najlepszy Mąż jadł je z syropem z agawy, to dodało trochę "wilgotności". Następnym razem postanowiłam zrobić wersje na słono, z serem kozim i może pietruszką (zamiast rukoli, która pasowałaby znacznie bardziej).
Chętnie przyjmuje propozycje różnych przepisów :) nawet jeśli nie są do końca pode mnie, mogę sobie je jakoś zmodyfikować.
Mam to szczęście, że otacza mnie wiele osób trochę świrniętych na punkcie zdrowego odżywiania :) dzięki temu czasem udaje mi się wyciągnąć od nich jakieś ciekawe przepisy, na rzeczy, które nie przyszłyby mi do głowy. Taką osobą jest Agata, której twórczość możecie poczytać tutaj (nie o jedzeniu, ale też ciekawe :)). Podsłuchałam jej imieninową rozmowę z mamą, która w ramach prezentu chciała jej usmażyć naleśniki gryczane. Wersja prezentowa miała być podana zdaje się z łososiem, ponieważ moja zawiera jagody, do ciasta dodałam odrobinę cukru (Agata - wybacz), coby było "na słodko".
Przepis jest super prosty.
- 2 szklanki mąki gryczanej
- 2 szklanki wody - szczypta soli
- w mojej wersji: około 1,5 łyżki cukru
(Instrukcje cytuje dosłownie): Wymieszać solidnie, nawet troszkę ubyć żeby trochę powietrza weszło i odstawić minimum na pół godziny do lodówki. Patelnię wysmarować cieniutką warstwą oliwą, oleju kokosowego alboco. Lać łyżką wazową ciasto - cieniutką warstwę i piec z każdej strony jakieś 5 minut. Aż będzie placek chrupki i na to można wrzucić co chcesz.
Chętnie do jagód dodałabym śmietanę, ale na to muszę jeszcze poczekać :) zestaw był nieco suchy, ale smaczny. Najlepszy Mąż jadł je z syropem z agawy, to dodało trochę "wilgotności". Następnym razem postanowiłam zrobić wersje na słono, z serem kozim i może pietruszką (zamiast rukoli, która pasowałaby znacznie bardziej).
Chętnie przyjmuje propozycje różnych przepisów :) nawet jeśli nie są do końca pode mnie, mogę sobie je jakoś zmodyfikować.
czwartek, 8 sierpnia 2013
Smutne śniadania (dieta eliminacyjna)
Śniadanie najważniejszym posiłkiem dnia! Dobrze też, żeby było przyjemne...
Przez całe lata śniadania kojarzyły mi się z kanapkami. Z czasem pieczywo stawało się coraz ciemniejsze, a produkty na kanapce coraz zdrowsze i coraz bardziej bez-mięsne, ale wciąż na moim śniadaniowym stole rządziły kanapki. Od czasu do czasu jednak na śniadanie przygotowywałam sobie płatki owsiane na mleku, nie słodzone, ewentualnie odrobiną syropu z agawy i wrzucałam np. banany, jabłka, orzechy. Takie fikuśne owsianki oraz kanapki w każdej postaci z dniem przejścia na dietę musiałam zamienić na płatki owsiane na wodzie, bez niczego. Gołe. Pierwsza łyżka tej mikstury wycisnęła łzy z moich oczu. Gdzie rozkoszny smak moich dotychczasowych owsianek? Gdzie słodycz banana i chrupkość jabłka? Zamiast tego stała przede mną beżowa papka bez smaku. Trzeba było coś wymyślić.
Po pierwsze, smak owsiance daje mleko, a to jest u mnie kompletnie zakazane. Przy diecie antygrzybiczej dodawałam do płatków mleka sojowego, ale tego też mi jeszcze nie wolno. Postanowiłam więc spróbować z mlekiem ryżowym. Używałam go w zasadzie tak jak zwykłego mleka - pod koniec gotowania na wodzie, kiedy płatki wchłonęły już prawie całą wodę (najlepsze są płatki górskie - trwa to kilka sekund. Próbowałam ze zwykłymi to potrafiły się gotować i 15 minut...) dolewałam odrobinę mleka ryżowego, tylko tyle, ile płatki były w stanie jeszcze wchłonąć. Na koniec do powstałej paćki dodawałam cukier. Coś, czego nie robiłam przy wcześniejszych płatkach, ale te jakoś trzeba było przełknąć. Miska płatków na mleku ryżowym z odrobiną cukru była jadalna.
Po dwóch miesiącach jedzenia codziennie owsianki miałam jej serdecznie dosyć. Można oszaleć. Zaczęłam więc albo unikać śniadań, albo zapychać się z rana waflami ryżowymi i, niestety, chipsami. Na szczęście w końcu do diety dodałam ser kozi, a następnie pomidora. Dzięki temu mogłam wrócić do tradycji jedzenia "kanapek", jeśli można tak to nazwać.
Moja kanapka zamiast tradycyjnej buły ma ryżowego wafla. Smaruję go twarożkiem kozim, albo kładę plastry twardego sera koziego. Na to pomidor, następnie obficie solę/pieprzę (do soli jeszcze za chwilę wrócę i wytłumaczę się, dlaczego "obficie") a od niedawna posypuję całość natką pietruszki. Niebo w gębie, a ponieważ na utracie kilogramów mi nie zależy (wręcz przeciwnie, niepokojąco zaczęłam ostatnio chudnąć...) takich "kanapek" mogę zjeść i 10 :) Nawet Najlepszy Mąż w nich zasmakował, a także jego kolega, który postanowił sobie takie lekkie przekąski robić w domu. Sukces!
Co do soli i pieprzu, a i cukru przy okazji. Kiedy jadłam "normalnie" soli nie używałam prawie wcale. Nawet wody na makaron nie soliłam, jedyną rzeczą, której nie wyobrażałam sobie bez soli były jajka sadzone, które jadałam od wielkiego dzwonu. Cukru też nie używałam prawie wcale, słodycze jadałam raz w tygodniu, herbata z cukrem jest według mnie nie do wypicia, a nawet już jakiś czas nie słodziłam kawy. Teraz niestety niewiele rzecz ma smak i wszystkie inne przyprawy są zabronione. W związku z tym sól i pieprz nagle zaczęły w moim domu schodzić w szybkim tempie. Dodaję je do wszystkiego, aż tak, że po wyżej opisanych kanapkach szczypią mnie usta. Herbaty nie słodzę i do tego się już raczej nie przekonam, ale ponieważ do kawy nie mogę dodać mleka, zaczęłam ją lekko dosładzać. Jakąś przyjemność dobrze jest mieć z tego jedzenia :) ale ta dieta, mimo, że przepisana przez lekarza jest zdecydowanie najmniej zdrową na jakiej kiedykolwiek byłam (nie licząc licealnych czasów mcdonalda i kfc). Obiecałam sobie, że kiedy tylko moje jedzenie zacznie mieć smak, wrócę do moich dawnych nawyków żywieniowych, sól i pieprz pójdą w odstawkę, a słodzić znów będę miodem i syropem z agawy :)
A na koniec, na zachętę, moje kanapki. Polecam :)
Przez całe lata śniadania kojarzyły mi się z kanapkami. Z czasem pieczywo stawało się coraz ciemniejsze, a produkty na kanapce coraz zdrowsze i coraz bardziej bez-mięsne, ale wciąż na moim śniadaniowym stole rządziły kanapki. Od czasu do czasu jednak na śniadanie przygotowywałam sobie płatki owsiane na mleku, nie słodzone, ewentualnie odrobiną syropu z agawy i wrzucałam np. banany, jabłka, orzechy. Takie fikuśne owsianki oraz kanapki w każdej postaci z dniem przejścia na dietę musiałam zamienić na płatki owsiane na wodzie, bez niczego. Gołe. Pierwsza łyżka tej mikstury wycisnęła łzy z moich oczu. Gdzie rozkoszny smak moich dotychczasowych owsianek? Gdzie słodycz banana i chrupkość jabłka? Zamiast tego stała przede mną beżowa papka bez smaku. Trzeba było coś wymyślić.
Po pierwsze, smak owsiance daje mleko, a to jest u mnie kompletnie zakazane. Przy diecie antygrzybiczej dodawałam do płatków mleka sojowego, ale tego też mi jeszcze nie wolno. Postanowiłam więc spróbować z mlekiem ryżowym. Używałam go w zasadzie tak jak zwykłego mleka - pod koniec gotowania na wodzie, kiedy płatki wchłonęły już prawie całą wodę (najlepsze są płatki górskie - trwa to kilka sekund. Próbowałam ze zwykłymi to potrafiły się gotować i 15 minut...) dolewałam odrobinę mleka ryżowego, tylko tyle, ile płatki były w stanie jeszcze wchłonąć. Na koniec do powstałej paćki dodawałam cukier. Coś, czego nie robiłam przy wcześniejszych płatkach, ale te jakoś trzeba było przełknąć. Miska płatków na mleku ryżowym z odrobiną cukru była jadalna.
Po dwóch miesiącach jedzenia codziennie owsianki miałam jej serdecznie dosyć. Można oszaleć. Zaczęłam więc albo unikać śniadań, albo zapychać się z rana waflami ryżowymi i, niestety, chipsami. Na szczęście w końcu do diety dodałam ser kozi, a następnie pomidora. Dzięki temu mogłam wrócić do tradycji jedzenia "kanapek", jeśli można tak to nazwać.
Moja kanapka zamiast tradycyjnej buły ma ryżowego wafla. Smaruję go twarożkiem kozim, albo kładę plastry twardego sera koziego. Na to pomidor, następnie obficie solę/pieprzę (do soli jeszcze za chwilę wrócę i wytłumaczę się, dlaczego "obficie") a od niedawna posypuję całość natką pietruszki. Niebo w gębie, a ponieważ na utracie kilogramów mi nie zależy (wręcz przeciwnie, niepokojąco zaczęłam ostatnio chudnąć...) takich "kanapek" mogę zjeść i 10 :) Nawet Najlepszy Mąż w nich zasmakował, a także jego kolega, który postanowił sobie takie lekkie przekąski robić w domu. Sukces!
Co do soli i pieprzu, a i cukru przy okazji. Kiedy jadłam "normalnie" soli nie używałam prawie wcale. Nawet wody na makaron nie soliłam, jedyną rzeczą, której nie wyobrażałam sobie bez soli były jajka sadzone, które jadałam od wielkiego dzwonu. Cukru też nie używałam prawie wcale, słodycze jadałam raz w tygodniu, herbata z cukrem jest według mnie nie do wypicia, a nawet już jakiś czas nie słodziłam kawy. Teraz niestety niewiele rzecz ma smak i wszystkie inne przyprawy są zabronione. W związku z tym sól i pieprz nagle zaczęły w moim domu schodzić w szybkim tempie. Dodaję je do wszystkiego, aż tak, że po wyżej opisanych kanapkach szczypią mnie usta. Herbaty nie słodzę i do tego się już raczej nie przekonam, ale ponieważ do kawy nie mogę dodać mleka, zaczęłam ją lekko dosładzać. Jakąś przyjemność dobrze jest mieć z tego jedzenia :) ale ta dieta, mimo, że przepisana przez lekarza jest zdecydowanie najmniej zdrową na jakiej kiedykolwiek byłam (nie licząc licealnych czasów mcdonalda i kfc). Obiecałam sobie, że kiedy tylko moje jedzenie zacznie mieć smak, wrócę do moich dawnych nawyków żywieniowych, sól i pieprz pójdą w odstawkę, a słodzić znów będę miodem i syropem z agawy :)
A na koniec, na zachętę, moje kanapki. Polecam :)
środa, 7 sierpnia 2013
Dieta elimacyjna
Dieta eliminacyjna, na której aktualnie jestem, została mi przepisana przez moją dermatolożkę, w celu znalezienia produktów, które mnie uczulają. Ważne przy tym jest to, że istnieje możliwość, że alergii pokarmowych nie mam w ogóle;) ale sprawdzić trzeba. Jestem na tej diecie prawie trzy miesiące i mimo, że zmiany w żywieniu mnie już nie przerażają, ta jest zdecydowanie najtrudniejsza. Zaczynałam od zaledwie kilku produktów, które rzadko okazują się być alergenami, a po poprawie stanu skóry miałam dodawać po jednym produkcie na dwa tygodnie. Aktualnie trochę oszukuję, bo dodaję nowe produkty nieco częściej... W teorii nawet po dwóch tygodniach po spożyciu jakiegoś produktu, może wystąpić na niego reakcja alergiczna. W moim przypadku taka reakcja pojawiła się póki co raz, po trzech dniach, a i tu wcale nie jestem pewna, czy powód nie był inny (upały? stres? pyłki?). Tak czy inaczej ciecierzycę chwilowo znowu odstawiłam, ale jak zrobi się chłodniej mam zamiar wypróbować ponownie.
Zanim podam listę dozwolonych produktów (lista zakazanych właściwie nie ma sensu - zakazane jest wszystko inne ;)) chcę podkreślić, że nie jest to absolutnie dieta, którą można zacząć samemu, bez konsultacji z lekarzem. Jest potwornie niezdrowa, może spowodować wiele braków i raczej nie pomaga schudnąć. Zdecydowanie nie polecam:)
Dozwolone:
- ryby rzeczne (czyli głównie pstrąg)
- indyk (z tej możliwości akurat nie korzystam)
- cukinia
- ziemniaki (też chipsy solone, frytki)
- buraki
- mąki: kukurydziana, gryczana, ziemniaczana, ryżowa
- makaron ryżowy, albo z mąki kukurydzianej (najczęściej spotykany bezglutenowy) - mleko ryżowe - płatki owsiane
- wszystkie tłuszcze, w tym masło (wszelki inny nabiał zabroniony)
- cukier, cukier brązowy (ale nie słodziki!)
- ryż
- kasza gryczana, jaglana - generalnie wszystkie poza pszennymi (manna, kus-kus)
- herbata czarna, czerwona, biała ALE czyste, bez dodatków(np. zielona jaśminowa odpada)
- kawa (nie rozpuszczalna!)
- sól, pieprz
- jabłka pieczone albo duszone
- siemię lniane
- białe wino, nie słodkie, wymieszane z wodą
- jajka przepiórcze
Do diety dodałam:
- białko jaja kurzego (żeby móc zjeść bezę z tortu na własnym ślubie...)
- nabiał kozi
- pomidory
- mięta
- natka pietruszki
- aktualnie dodaję jagody :)
Nie wolno mi dodawać cebuli ani czosnku, ponieważ mogą podrażniać skórę. Na początku nie wolno mi było również kawy, bo byłam generalnie pobudzona i przyjmowałam leki uspokajające, ale teraz już mogę.
Nie daje to za dużego wyboru, ale kombinujemy i wymyślamy nowe rzeczy :) Teraz, kiedy mogę już pomidory, jest trochę łatwiej. Mam nadzieję, że z czasem będzie jeszcze lepiej...
Zanim podam listę dozwolonych produktów (lista zakazanych właściwie nie ma sensu - zakazane jest wszystko inne ;)) chcę podkreślić, że nie jest to absolutnie dieta, którą można zacząć samemu, bez konsultacji z lekarzem. Jest potwornie niezdrowa, może spowodować wiele braków i raczej nie pomaga schudnąć. Zdecydowanie nie polecam:)
Dozwolone:
- ryby rzeczne (czyli głównie pstrąg)
- indyk (z tej możliwości akurat nie korzystam)
- cukinia
- ziemniaki (też chipsy solone, frytki)
- buraki
- mąki: kukurydziana, gryczana, ziemniaczana, ryżowa
- makaron ryżowy, albo z mąki kukurydzianej (najczęściej spotykany bezglutenowy) - mleko ryżowe - płatki owsiane
- wszystkie tłuszcze, w tym masło (wszelki inny nabiał zabroniony)
- cukier, cukier brązowy (ale nie słodziki!)
- ryż
- kasza gryczana, jaglana - generalnie wszystkie poza pszennymi (manna, kus-kus)
- herbata czarna, czerwona, biała ALE czyste, bez dodatków(np. zielona jaśminowa odpada)
- kawa (nie rozpuszczalna!)
- sól, pieprz
- jabłka pieczone albo duszone
- siemię lniane
- białe wino, nie słodkie, wymieszane z wodą
- jajka przepiórcze
Do diety dodałam:
- białko jaja kurzego (żeby móc zjeść bezę z tortu na własnym ślubie...)
- nabiał kozi
- pomidory
- mięta
- natka pietruszki
- aktualnie dodaję jagody :)
Nie wolno mi dodawać cebuli ani czosnku, ponieważ mogą podrażniać skórę. Na początku nie wolno mi było również kawy, bo byłam generalnie pobudzona i przyjmowałam leki uspokajające, ale teraz już mogę.
Nie daje to za dużego wyboru, ale kombinujemy i wymyślamy nowe rzeczy :) Teraz, kiedy mogę już pomidory, jest trochę łatwiej. Mam nadzieję, że z czasem będzie jeszcze lepiej...
sobota, 3 sierpnia 2013
Ciastka owsiane z niczego
Po kilku dniach bycia na diecie eliminacyjnej, która dosłownie składała się z kilku produktów, zaczęłam cierpieć na ostry brak cukru. Wcześniej jadałam słodycze raz w tygodniu, więc nie był to syndrom odstawienia, po prostu w pakiecie dozwolonych produktów nie znalazł się żaden owoc (z wyjątkiem pieczonego jabłka), a i warzyw było niewiele. Z przyzwyczajenia niczego nie dosładzałam co poskutkowało atakiem histerii na widok półki z batonikami na stacji benzynowej. Wróciłam biegiem do domu, upiekłam jabłko i posypałam je solidną porcją cukru. Wiadomo było jednak, że na jabłkach z cukrem długo nie pociągnę, więc Najlepszy z Mężów zamknął się w kuchni i zaczął kombinować. W efekcie powstały najprostsze i prawdopodobnie najszybsze ciastka owsiane na świecie. Zero mąki, zero tłuszczu, zero kurzych jajek, zero mleka. Serio.
Składniki (około 6 dużych ciastek):
- 2 szklanki płatków owsianych
- 8 jajek przepiórczych lub 2 łyżki mielonego siemienia lnianego
- 4 duże łyżki cukru (wtedy wychodzą baaardzo słodkie, ale tego mi aktualnie potrzeba :) można dać mniej)
- ewentualnie trochę wody :)
Zmieszać wszystko :) jajek przepiórczych nie polecam wrzucać bezpośrednio do miski. Skórka lubi wpadać przy rozbijaniu. Jeśli chodzi o siemię lniane wystarczy zalać dwie łyżki odrobiną wody i poczekać minutę, aż zrobi się glut. Na koniec dodać trochę wody, jeżeli się słabo klei ale uwaga - nie będzie się kleić tak czy inaczej. Powinno wyglądać tak:

Piekarnik na 180-200 stopni. Z "ciasta" zrobić kulkę w ręce i rozpłaszczyć na papierze do pieczenia. Nie wyjdzie równo, ani ładnie :) Piec jakieś 15 minut, ja zostawiam na trochę dłużej bo lubię chrupiące :)
Składniki (około 6 dużych ciastek):
- 2 szklanki płatków owsianych
- 8 jajek przepiórczych lub 2 łyżki mielonego siemienia lnianego
- 4 duże łyżki cukru (wtedy wychodzą baaardzo słodkie, ale tego mi aktualnie potrzeba :) można dać mniej)
- ewentualnie trochę wody :)
Zmieszać wszystko :) jajek przepiórczych nie polecam wrzucać bezpośrednio do miski. Skórka lubi wpadać przy rozbijaniu. Jeśli chodzi o siemię lniane wystarczy zalać dwie łyżki odrobiną wody i poczekać minutę, aż zrobi się glut. Na koniec dodać trochę wody, jeżeli się słabo klei ale uwaga - nie będzie się kleić tak czy inaczej. Powinno wyglądać tak:

Piekarnik na 180-200 stopni. Z "ciasta" zrobić kulkę w ręce i rozpłaszczyć na papierze do pieczenia. Nie wyjdzie równo, ani ładnie :) Piec jakieś 15 minut, ja zostawiam na trochę dłużej bo lubię chrupiące :)
czwartek, 1 sierpnia 2013
Curry z soczewicy z ryżem
Poniżej oryginalny przepis z newslettera Zostań wege na 30 dni + moje zmiany:
Składniki:
200g czerwonej soczewicy (osobiście wolę zieloną, więc zawsze robiłam z takiej :));
800ml wody;
3 łyżeczki bulionu warzywnego;
¼ łyżeczki kurkumy;
2 łyżeczka zmielonego kminku;
2 ziemniaki; (lub więcej, my lubiliśmy dużo ziemniaków :))
puszka pomidorów (czasem dajemy całe pomidory);
1 cebula;
4 ząbki czosnku;
1-2 zielone papryczki chilli; (zazwyczaj robiłam bez, bo byłoby zbyt ostre)
1 łyżeczka garam masala lub curry;
50g mleka kokosowego; (też czasem pomijałam)
garść świeżej kolendry; (nie zawsze miałam, więc w zamian dawałam pietruszkę :))
4 porcje ugotowanego brązowego ryżu (bądź białego)
oprócz tego, zależnie od sezonu dodawałam:
dynię
marchewkę
bataty
ogórki
cukinię
generalnie jest to fajny przepis-baza, przy którym można nieźle kombinować :)
Zagotuj soczewicę w 800ml wody z bulionem, kurkumą i kminkiem i garam masala/curry. Gdy zacznie wrzeć, dodaj ziemniaki i pomidory i gotuj dopóki soczewica i ziemniaki nie będą miękkie. Jeżeli dodajesz inne warzywa, np. dynię czy ogórki, weź pod uwagę jak szybko zmiękną - np. dynie można wrzucić razem z ziemniakami, ale ogórki lepiej pod sam koniec. Na patelni usmaż posiekaną cebulę z rozgniecionym czosnkiem i papryczkami chilli. Gdy cebula zmięknie, dodaj do soczewicy. Wymieszaj, zalej mlekiem kokosowym i dorzuć kolendry. Podawaj z ryżem.

Fakt, że pomidory są już w garnku z soczewicą i przyprawami bez wody, pokazuje, jak luźno traktujemy przepisy ;)
Składniki:
200g czerwonej soczewicy (osobiście wolę zieloną, więc zawsze robiłam z takiej :));
800ml wody;
3 łyżeczki bulionu warzywnego;
¼ łyżeczki kurkumy;
2 łyżeczka zmielonego kminku;
2 ziemniaki; (lub więcej, my lubiliśmy dużo ziemniaków :))
puszka pomidorów (czasem dajemy całe pomidory);
1 cebula;
4 ząbki czosnku;
1-2 zielone papryczki chilli; (zazwyczaj robiłam bez, bo byłoby zbyt ostre)
1 łyżeczka garam masala lub curry;
50g mleka kokosowego; (też czasem pomijałam)
garść świeżej kolendry; (nie zawsze miałam, więc w zamian dawałam pietruszkę :))
4 porcje ugotowanego brązowego ryżu (bądź białego)
oprócz tego, zależnie od sezonu dodawałam:
dynię
marchewkę
bataty
ogórki
cukinię
generalnie jest to fajny przepis-baza, przy którym można nieźle kombinować :)
Zagotuj soczewicę w 800ml wody z bulionem, kurkumą i kminkiem i garam masala/curry. Gdy zacznie wrzeć, dodaj ziemniaki i pomidory i gotuj dopóki soczewica i ziemniaki nie będą miękkie. Jeżeli dodajesz inne warzywa, np. dynię czy ogórki, weź pod uwagę jak szybko zmiękną - np. dynie można wrzucić razem z ziemniakami, ale ogórki lepiej pod sam koniec. Na patelni usmaż posiekaną cebulę z rozgniecionym czosnkiem i papryczkami chilli. Gdy cebula zmięknie, dodaj do soczewicy. Wymieszaj, zalej mlekiem kokosowym i dorzuć kolendry. Podawaj z ryżem.

Fakt, że pomidory są już w garnku z soczewicą i przyprawami bez wody, pokazuje, jak luźno traktujemy przepisy ;)
Diety antygrzybicza (candida, drożdżyca)
Zabronione:
- cukier (również miód, dżem, czekolada, cukierki, ciasta, soki z cukrem, wszystko co dosładzane koncentratem fruktozy czy syropem glukozowym itp.)
- biała mąka, gluten (białe pieczywo, makarony, naleśniki, pierogi, chleb z mąki mieszanej)
- pszenica, orkisz, drożdże (również w chlebie)
- alkohol, szczególnie słodkie wina, likiery, piwo
- słodkie owoce (banany, winogrona, pomarańcze, mandarynki, suszone owoce, kompoty)
- wszystkie orzechy
- kasze kus-kus i manna (pszenica)
- grzyby jadalne, wszystkie
Dozwolone:
- ryż, każdy rodzaj
- ziemniaki
- ksylitol, syrop z agawy
- kasze: gryczana, jęczmienna, kukurydziana, jaglana
- pieczywo z mąki żytniej na zakwasie, lub chrupkie pieczywo z mąki żytniej
- ryby, mięso z wyjątkiem wieprzowiny (w moim przypadku były to same ryby)
- produkty mleczne z wyjątkiem serów pleśniowych
- jajka, także przepiórcze
- warzywa: wszystkie, szczególnie na surowo
- soczewica, warzywa strączkowe (soja, ciecierzyca, fasola itp.)
- makarony: sojowy, ryżowy, kukurydziany
- oleje z dozwolonych produktów (oliwa z oliwek, olej z siemienia, etc.)
- owoce kwaśne, np. grapefruity, kiwi, cytryny, kwaśne jabłka
- napoje: woda niegazowana, herbaty ziołowe słabo parzone (zielona, czerwona, biała), herbata czarna, kawa
Dieta trwała 6 tygodni, przy czym przez 4 tygodnie nie wolno mi było jeść również produktów mlecznych, jajek, niektórych konserwantów i jeszcze kilku produktów o których nie pamiętam. Można się kłócić co do podstaw naukowych takich badań, sensu homeopatii i tak dalej - nie mogę powiedzieć, że wierzę w te metody w 100%, ale byłam w sytuacji kryzysowej, chwytałam się każdej możliwości i akurat to zadziałało. Możliwe jednak, że pomogło mi co innego niż "zwalczenie grzybicy" (np. przypadkiem odstawiłam alergeny). Nie jest to istotne, nie chcę rozpoczynać żadnych dyskusji bo ich nie brakuje. Jednak w przeciwieństwie do drugiej diety, którą obecnie stosuję, ta jest w 100% bezpieczna i można ją stosować bez konsultacji z lekarzem (pod warunkiem, że stan zdrowia na to pozwala).
Najtrudniejsze w diecie jest znajdowanie gotowych produktów, które nie mają w sobie cukru. Np. majonez kielecki co prawda cukru nie ma, ale musztarda z której jest zrobiony już ma (są to jednak tak śladowe ilości, że małą łyżeczkę majonezu na kanapce można oczywiście zjeść). Gotowe sosy pomidorowe bez cukru to ogromna rzadkość, dlatego wtedy nauczyłam się kupować pulpę pomidorową i ją doprawiać po swojemu, robię tak do teraz :) No i oczywiście nauczyłam się czytać etykiety - łatwo zapomnieć że pesto jest robione na orzechach, albo nie domyślić się, że cukier jest również w... śledziach. Niestety musiałam też zrezygnować z sosu sojowego, ponieważ ma mąkę pszenną (oprócz tego jest fermentowany, więc odpada podwójnie). Nawyk czytania etykiet został mi na szczęście do dziś, dzięki czemu wiem, że solone lays'y (ziemniaki, olej słonecznikowy, sól) są o wiele wiele lepsze niż solone "wiejskie ziemniaczki" (polecam poczytać etykietę, niewiele ma to wspólnego z wiejskością ;))
Jednym z moich ulubionych przepisów w trakcie tej diety, było curry z soczewicy z ryżem. Przepis pochodzi z newslettera Zostań wege na 30 dni, ale ja za każdym razem go modyfikowałam. Bardzo prosty i szybki przepis, polecam modyfikować dalej, po swojemu :)
- cukier (również miód, dżem, czekolada, cukierki, ciasta, soki z cukrem, wszystko co dosładzane koncentratem fruktozy czy syropem glukozowym itp.)
- biała mąka, gluten (białe pieczywo, makarony, naleśniki, pierogi, chleb z mąki mieszanej)
- pszenica, orkisz, drożdże (również w chlebie)
- alkohol, szczególnie słodkie wina, likiery, piwo
- słodkie owoce (banany, winogrona, pomarańcze, mandarynki, suszone owoce, kompoty)
- wszystkie orzechy
- kasze kus-kus i manna (pszenica)
- grzyby jadalne, wszystkie
Dozwolone:
- ryż, każdy rodzaj
- ziemniaki
- ksylitol, syrop z agawy
- kasze: gryczana, jęczmienna, kukurydziana, jaglana
- pieczywo z mąki żytniej na zakwasie, lub chrupkie pieczywo z mąki żytniej
- ryby, mięso z wyjątkiem wieprzowiny (w moim przypadku były to same ryby)
- produkty mleczne z wyjątkiem serów pleśniowych
- jajka, także przepiórcze
- warzywa: wszystkie, szczególnie na surowo
- soczewica, warzywa strączkowe (soja, ciecierzyca, fasola itp.)
- makarony: sojowy, ryżowy, kukurydziany
- oleje z dozwolonych produktów (oliwa z oliwek, olej z siemienia, etc.)
- owoce kwaśne, np. grapefruity, kiwi, cytryny, kwaśne jabłka
- napoje: woda niegazowana, herbaty ziołowe słabo parzone (zielona, czerwona, biała), herbata czarna, kawa
Dieta trwała 6 tygodni, przy czym przez 4 tygodnie nie wolno mi było jeść również produktów mlecznych, jajek, niektórych konserwantów i jeszcze kilku produktów o których nie pamiętam. Można się kłócić co do podstaw naukowych takich badań, sensu homeopatii i tak dalej - nie mogę powiedzieć, że wierzę w te metody w 100%, ale byłam w sytuacji kryzysowej, chwytałam się każdej możliwości i akurat to zadziałało. Możliwe jednak, że pomogło mi co innego niż "zwalczenie grzybicy" (np. przypadkiem odstawiłam alergeny). Nie jest to istotne, nie chcę rozpoczynać żadnych dyskusji bo ich nie brakuje. Jednak w przeciwieństwie do drugiej diety, którą obecnie stosuję, ta jest w 100% bezpieczna i można ją stosować bez konsultacji z lekarzem (pod warunkiem, że stan zdrowia na to pozwala).
Najtrudniejsze w diecie jest znajdowanie gotowych produktów, które nie mają w sobie cukru. Np. majonez kielecki co prawda cukru nie ma, ale musztarda z której jest zrobiony już ma (są to jednak tak śladowe ilości, że małą łyżeczkę majonezu na kanapce można oczywiście zjeść). Gotowe sosy pomidorowe bez cukru to ogromna rzadkość, dlatego wtedy nauczyłam się kupować pulpę pomidorową i ją doprawiać po swojemu, robię tak do teraz :) No i oczywiście nauczyłam się czytać etykiety - łatwo zapomnieć że pesto jest robione na orzechach, albo nie domyślić się, że cukier jest również w... śledziach. Niestety musiałam też zrezygnować z sosu sojowego, ponieważ ma mąkę pszenną (oprócz tego jest fermentowany, więc odpada podwójnie). Nawyk czytania etykiet został mi na szczęście do dziś, dzięki czemu wiem, że solone lays'y (ziemniaki, olej słonecznikowy, sól) są o wiele wiele lepsze niż solone "wiejskie ziemniaczki" (polecam poczytać etykietę, niewiele ma to wspólnego z wiejskością ;))
Jednym z moich ulubionych przepisów w trakcie tej diety, było curry z soczewicy z ryżem. Przepis pochodzi z newslettera Zostań wege na 30 dni, ale ja za każdym razem go modyfikowałam. Bardzo prosty i szybki przepis, polecam modyfikować dalej, po swojemu :)
środa, 31 lipca 2013
Co mi jest?
Mam na imię Julia i jestem atopikiem. Taka się urodziłam i taka będę już zawsze. Co to właściwie znaczy? Nie do końca wiadomo. W dużym skrócie prawie wszystko co robię - co jem, co noszę, jakich kosmetyków używam, czym sprzątam mieszkanie, czy się denerwuję - odbija się na mojej skórze. Pierwsze zmiany pojawiły się kiedy byłam dzieckiem, wtedy wspaniała pani dermatolog wyprowadziła mnie z choroby bardzo restrykcyjną dietą. Wyobraźcie sobie moją mamę na początku lat 90tych, próbującą karmić mnie bez-glutenowo, bez-mlecznie i bez-jajecznie. Długie lata pozostawałam zdrowa, aż w okolicach 21 roku życia zmiany znowu się pojawiły. Na początku nieśmiało, później coraz intensywniej aż stanu, w którym zostałam odesłana do szpitala. Chorowałam miesiącami, nie będąc w stanie normalnie funkcjonować i dając sobie radę tylko dzięki nieocenionej pomocy rodziny, przyjaciół oraz przede wszystkim mojego wspaniałego narzeczonego (teraz już męża).
Wyleczyłam się dwa razy. Pierwszy raz zdrowa byłam kilka miesięcy, tym razem mam nadzieję utrzymać ten stan na stałe. Wciąż właściwie jestem w trakcie leczenia i prędko go nie skończę. W obu przypadkach niezwykle pomocna była terapia psychologiczna (przerwanie jej było błędem i prawdopodobnie powodem nawrotu choroby), ale również dieta. Za każdym razem zupełnie inna. Raz wyleczył mnie homeopata, drugi raz ta sama dermatolożka, która pomogła mi w dzieciństwie. Obie diety różnią się od siebie diametralnie i mają różne cele, ale jedna i druga wymagała wielu ogromnych wyrzeczeń i nie jedzenia bądź jedzenia bardzo określonych produktów. To sprawia, że musimy się nieźle nagimnastykować, żeby wymyślić coś ciekawego na obiad.
Obie diety opiszę osobno, ale jest jedna rzecz, której trzymamy się w każdym przypadku. Oboje nie jemy mięsa, chociaż jemy ryby. Być może trochę zmniejsza to możliwości, ale mimo to nie było ani chwili, w której planowałam zrezygnować z niejedzenia mięsa. W każdym razie wszystkie przepisy jakie się tu pojawią będą bezmięsne.
Drugą ważną informacją jest to, że żadna z tych diet nie jest odchudzająca! Nie jest to absolutnie moim celem. Fakt, Pan Mąż stracił trochę kilogramów trzymając się ze mną szczególnie pierwszej diety, ale nikogo nie powinno dziwić, że odstawienie cukru, mąki i mięsa pomaga schudnąć ;) ale chcę mocno położyć nacisk na to, że w moim słowniku słowo "dieta" nie ma wiele wspólnego z odchudzaniem.
Ponieważ moje leczenie to nie tylko to, co jem od czasu do czasu mogę się podzielić tym, czym się smaruję, jakie leki biorę, w czym się kąpię oraz co sądzę o aptecznych specyfikach do atopowej skóry ;)
obie tarty ze zdjęcia pochodzę niestety z okresu bez-dietowego, ale i takimi przepisami będę się chciała podzielić, bo nawet wtedy staramy się odżywiać jak najzdrowiej i jak najsmaczniej
Wyleczyłam się dwa razy. Pierwszy raz zdrowa byłam kilka miesięcy, tym razem mam nadzieję utrzymać ten stan na stałe. Wciąż właściwie jestem w trakcie leczenia i prędko go nie skończę. W obu przypadkach niezwykle pomocna była terapia psychologiczna (przerwanie jej było błędem i prawdopodobnie powodem nawrotu choroby), ale również dieta. Za każdym razem zupełnie inna. Raz wyleczył mnie homeopata, drugi raz ta sama dermatolożka, która pomogła mi w dzieciństwie. Obie diety różnią się od siebie diametralnie i mają różne cele, ale jedna i druga wymagała wielu ogromnych wyrzeczeń i nie jedzenia bądź jedzenia bardzo określonych produktów. To sprawia, że musimy się nieźle nagimnastykować, żeby wymyślić coś ciekawego na obiad.
Obie diety opiszę osobno, ale jest jedna rzecz, której trzymamy się w każdym przypadku. Oboje nie jemy mięsa, chociaż jemy ryby. Być może trochę zmniejsza to możliwości, ale mimo to nie było ani chwili, w której planowałam zrezygnować z niejedzenia mięsa. W każdym razie wszystkie przepisy jakie się tu pojawią będą bezmięsne.
Drugą ważną informacją jest to, że żadna z tych diet nie jest odchudzająca! Nie jest to absolutnie moim celem. Fakt, Pan Mąż stracił trochę kilogramów trzymając się ze mną szczególnie pierwszej diety, ale nikogo nie powinno dziwić, że odstawienie cukru, mąki i mięsa pomaga schudnąć ;) ale chcę mocno położyć nacisk na to, że w moim słowniku słowo "dieta" nie ma wiele wspólnego z odchudzaniem.
Ponieważ moje leczenie to nie tylko to, co jem od czasu do czasu mogę się podzielić tym, czym się smaruję, jakie leki biorę, w czym się kąpię oraz co sądzę o aptecznych specyfikach do atopowej skóry ;)
obie tarty ze zdjęcia pochodzę niestety z okresu bez-dietowego, ale i takimi przepisami będę się chciała podzielić, bo nawet wtedy staramy się odżywiać jak najzdrowiej i jak najsmaczniej
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















