sobota, 12 października 2013

Prawdopodobnie najbardziej ekologiczna sałatka jaką kiedykolwiek jadłam

Jesień jest dla mnie dobra. Może to nagroda za cztery miesiące ciężkiej diety i to w czasie sezonu szparagowego, malinowego i tak dalej, ale spływają do mnie ostatnio takie smakowitości, że nie nadążam z pisaniem. Mam zrobionych kilka zdjęć i postaram się nimi podzielić w najbliższym czasie, ale teraz czas na sałatkę, którą zjadłam przed pięcioma minutami i natychmiastowo odwdzięczyła mi się weną. Jej skład może nie jest odkrywczy, chodzi w niej raczej o to SKĄD te produkty są.

Po pierwsze - pomidory (a raczej pomidorki, chociaż nie koktajlowe), cebula, i ogórki kiszone. Banał? Może tak, gdyby nie to, że są w stu procentach eko. Tak, nie boję się tego powiedzieć - pełne 100%. Przywieźli je moi, nabyci poprzez małżeństwo, dziadkowie z uroczej, głębokiej wsi zwanej Krzywowierzba. Tam stoi dom, w którym urodził się i wychował dziadek Najlepszego Męża i w tym samym domu dziadkowie co roku spędzają większość czasu wiosną, latem i jesienią. W ogródku hodują między innymi cebulę, marchewki, ogórki, cukinię i dynię, obok stoi jabłoń (pyszne papierówki co drugi rok, niestety, akurat nie ten), przy ganku pną się winorośle z których co rok powstaje pyszne wino a dalej rozciągają się pola dzierżawione przez sąsiadów.

papierówki z zeszłego roku, fot. Jan Krupiński 2012


podlewanie ogórków, fot. Jan Krupiński 2012

No właśnie - sąsiedzi. To dzięki nim mam pewność, że warzywa od dziadków są w pełni ekologiczne. Słyszałam, że owoce i warzywa, które kupujemy pod metką eko często eko nie są, ponieważ uprawia je się blisko zwykłych, pryskanych warzyw. Chemikalia wsiąkają w ziemię i trafiają tam, gdzie nie powinny. Wydaje mi się to lekką przesadą, ale niech będzie. Tak czy inaczej, sąsiadów w Krzywowierzbie, a nawet w dalszej okolicy, nie ma dużo, wszyscy oczywiście się znają i stąd wiadomo, że nikt nie używa do uprawy żadnych chemikaliów. Po pierwsze nie ma takiej potrzeby, bo ziemia tam żyzna jak mało gdzie, po drugie jest to "wiocha" z prawdziwego zdarzenia, ziemia przekazywana z dziada pradziada więc chemia wydaje się czymś dziwnym, trochę strasznym, generalnie lepiej tego nie ruszać. Ziemia dziadków też jest w rodzinie od pokoleń, stąd pewność, że nikt nie zdążył jej "zepsuć" przed nami. Koniec końców, wszystko co tam rośnie jest tak eko, jak tylko może być :)

Dziadkowie nie są tam jednak przez cały rok, a nawet kiedy są co chwila przyjeżdżają do Warszawy. Dziadek, mimo słusznego wieku, wciąż pracuje i nie jest to praca byle jaka (chociaż nie potrafię wyjaśnić co robi kompletnie). Mało tego - do pracy chodzi pieszo, codziennie ćwiczy a wieczorami na forach internetowych dyskutuje na temat produkcji wina. Nie wiem z jakiej gliny został ulepiony, ale chciałabym taką. Może to to jedzenie Krzywowierzbowe? Ale wracając do tematu. Kursowanie między wioseczką a Warszawą uniemożliwia zajmowanie się bardziej wymagającymi roślinami, jak np. pomidory. Oczywiście nie mają też ani kur, ani pasieki. To wszystko mają za to sąsiedzi, a że panuje tam wymiana dóbr, trafiają one i do nas. Tym samym wróciliśmy dziś do domu (nie licząc skarbów z ogródka dziadków) z 40 jajkami, słoikiem miodu i czterema pomidorkami.Żeby nie być gołosłowną, tak wyglądał nasz bagażnik:

Warty uwagi jest rozmiar cukinii. Ekologicznej! W torbach więcej cebuli
 i 7 słoików ogórków, nie licząc tego olbrzymiego, w głębi. I wino.

Jeszcze kombinuję co zrobić z tą dynią, ale o tym kiedy indziej. Teraz ogórki. Kiszone osobiście przez babcię, korzystając znowu tylko z dobroci Krzywowierzby. Niestety w tym roku ogórki mają pecha. Pierwszych kilka słoików, które dostaliśmy w wakacje, było do wyrzucenia bo się nie zawekowały. Dziś otworzyliśmy jeden słoik i... ogórki się rozpadają. Da się je jeść i są przepyszne, ale próba złapania ich nawet dwoma palcami kończy się niezłą miazgą. Zobaczymy jak będzie z innymi słoikami, najbardziej boję się tego olbrzyma :) Próba wyciągnięcia jego zawartości może skończyć się ogromną, zieloną paćką.

A teraz kilka słów o ostatnich składnikach mojej sałatki... kiełkach. To efekt wyciągnięcia prezentu ślubnego, z którego nie mieliśmy okazji skorzystać (dieta) - kiełkownicy. Zacznijmy od tego, że mam najgorszą rękę do roślin na świecie. Zabiłam wszystkie próby uprawy czegokolwiek na moim balkonie, nawet bazylia na parapecie nie jest w stanie wytrzymać ze mną zbyt długo. Dumą rozpiera mnie fakt, że wrzos na balkonie wytrwał już chyba z miesiąc. Dlatego kiełkownica stanowiła ostatnią próbę wyhodowania czegokolwiek jadalnego pod moim okiem. I udało się! Pomaga fakt, że stoi na środku blatu, żeby mieć dostęp do słońca, dzięki czemu pamiętam o podlewaniu nasionek dwa razy dziennie. Do tego wodą, która spływa na dół, podlewam bazylię i wrzos, dzięki czemu mają szansę wytrwać dłużej niż zwykle. 

kiełki, dzień pierwszy


dodatkowo - przyglądanie się spływającej wodzie
ma potwierdzone działanie relaksujące

Mówiąc szczerze, byłam święcie przekonana, że coś zgnije, spleśnieje albo nie urośnie. A tu psikus. Już po trzech dniach zaczęłam podjadać pierwsze kiełki.

pierwsza partia: lucerna, fasola mung i soja

I wreszcie wracając do sałatki:

Składniki:

2 małe pomidorki (nie koktajlowe!)
1 mała cebula
2 małe ogórki kiszone
garść różnych kiełków
oliwa z oliwek
ocet balsamiczny

Pokroić, pomieszać, polać odrobiną oliwy i octu. Gotowe :) 



Nie jest to może miss sałatek. Ocet balsamiczny tu raczej nie pomaga. Muszę też się przyznać, że ani oliwa, ani ocet nie są ekologiczne. Pietruszkę dodałam raczej dla urody, ale pochodzi ze straganu więc co do niej nie mam pewności. Efekt w każdym razie jest przepyszny i super zdrowy. Przy okazji chapeau bas dla mojej mamy, za nauczenie mnie, że zestaw pomidor+cebula+ocet balsamiczny jest najlepszą rzeczą na świecie, szczególnie na wieczorne przekąski.

poniedziałek, 7 października 2013

Perfekcyjne kolacje - drugie spotkanie (zaległe sprawozdanie) i... koniec diety.

W zeszłym tygodniu gospodarzyłam na czwartej już kolacji naszej czwórki, co oznacza, że zatoczyłyśmy koło i niedługo zaczynamy rundę drugą :) ale zanim do tego dojdziemy, cofnę się trochę i opowiem o drugiej kolacji, którą przygotowywała Matylda, fantastyczna i inspirująca dziewczyna, pomysłodawczyni naszych kolacji. Pomysł był to rewelacyjny, szczerze mówiąc na początku nie sądziłam, że to się tak uda, zazwyczaj takie inicjatywy gasną po jednym/dwóch spotkaniach. A my mamy już za sobą cztery i nie zapowiada się, żeby cokolwiek się zmieniło :)

Matylda mieszka w rewelacyjnym miejscu w moich ulubionych okolicach Mokotowa. Jej mini-kamienica ma własny ogródek, więc korzystając z pogody (było to już jakiś czas temu...) postanowiłyśmy zjeść na zewnątrz. Nie będzie w związku z tym rewelacyjnych zdjęć, było już trochę ciemno, ale obiecuję, że wszystko prezentowało się pięknie ;) Przez moją dietę menu nie różniło się za bardzo od tego z pierwszej kolacji, czyli był pieczony pstrąg i pieczone ziemniaki. Pstrąg standardowo piekł się z solą, pieprzem i oliwą, ale dla odmiany też ze skórką cytryny. Nie przepadam za nią w deserach, ale tu sprawdziła się doskonale. Za to przed rybą jadłyśmy carpaccio z buraków, czyli upieczone z oliwą, solą i pieprzem buraki, pokrojone na cienkie plasterki z kozim serem i jeszcze odrobiną oliwy i pieprzu. Do tego pomidory i rukola (chociaż ta ostatnia nie dla mnie). Prosta, pyszna sprawa.

zdjęcie zrobione przez Agatę

Rozmowy na każdej z naszych kolacji mają temat przewodni, zawsze inny i "wybrany" przypadkiem. Tym razem padło na zdrowie i urodę. Brzmi to okropnie stereotypowo-babsko, ale możecie mi wierzyć, że te dziewczyny stereotypowe z pewnością nie są.


A na koniec krótka informacja zmieniająca nieco przyszłość tego bloga. Od wczoraj nie jestem już na diecie eliminacyjnej. Złożyło się na to wiele rzeczy, niektóre upewniły mnie w przekonaniu, że stan mojej skóry w co najmniej 90 procentach zależy od mojego samopoczucia psychicznego, którego tak ciężka dieta z pewnością nie poprawiała, inne pokazały jakich ogromnych braków narobiłam sobie w organizmie i jak źle wpływają one już nie tylko na skórę. Mija dopiero drugi dzień, ale tak dobrze nie czułam się od dawna, zarówno psychicznie jak i fizycznie. Staram się być jeszcze ostrożna ale ciężko się powstrzymać po czterech miesiącach jedzenia kilku rzeczy na krzyż ;) rzucam się jak wariat na awokado czy falafele. Zobaczymy co czas przyniesie, z pewnością jednak chcę jeść zdrowo bo wciąż to co jem ma wielki wpływ na moją skórę i samopoczucie. Na pewno dalej będę chciała prowadzić tego bloga, jeszcze zastanawiam się jak będzie on teraz wyglądał. Zacznę od poprawienia wyglądu, chętnie przyjmę pomoc ekspertów ;)